Jak Wieczny Wędrowiec dla Bożej Góry srebrny kruszec pozyskał PDF Drukuj Email
Wpisał: Administrator   
02.03.2008.
           Zmierzch zapadał szybko. Wesoło strzelały w górę iskierki ogniska. Oświetlało ono twarze i plecaki miłośników górskich wędrówek. Płynęły hen w górę, na boki między nieborosłe świerki i sosny słowa piosenek turystycznych szlaków. Wędrowcy dzielili się wrażeniami dnia, chociaż zmęczeni byli wielce kilkudniową wędrówką po Górach Kamiennych i Wałbrzyskich. W dole  wesoło mrugały iskierki świateł boguszowskich domostw  i wijącego się  jak wstęga Starego Lesieńca. Noc  gęstniała coraz bardziej.    Nie zauważyli nawet, jak na uboczu, na wystającym pniu po dawno wyrąbanym drzewie, przysiadł starszy człowiek. Patrzył na ich postaci, młode i starsze,  twarze zmęczone, ale jakże radosne.  -Bywajcie! Bywajcie! - rzekł. Dopiero teraz zauważyli postać niezwykłą, ubraną w jakiś starodawny i mocno sfatygowany strój, z długą białą brodą, z białymi jak mleko włosami wypływającymi spod mocno wypłowiałego kapelusza. Promyki ogniska to rozjaśniały to przyciemniały jego twarz pociętą zmarszczkami.  - Witamy na szlaku – odpowiedział przewodnik turystyczny. – Z kim mamy przyjemność? – zapytał i zaraz dodał – proszę bliżej, do ogniska. - Dziękuję jegomościom, tu wygodnie. Przysłuchiwałem się był waszym pieśniom, waszym opowieściom, są piękne i nieznane mi, choć rzeknę, że niektóre z nich, z dawnych dziejów, są mi bliskie. A kim jestem?  Niektórzy zwą mnie Wiecznym Tułaczem , niektórzy Strażnikiem  Gór, tych gór – dodał – a jeszcze inni, tam za Sudetami na południe, zwą mnie Krkonosem a jeszcze inni Wiecznym Wędrowcem. A wiedzieć musicie, że góry te - wskazał szerokim gestem - przewędrowałem, gdy jeszcze tam, gdzie migają  w dole światełka, szumiały lasy pełne modrzewi, wiekowych dębów i sosen, oraz zwierzyny wszelakiej.    Zamilkł na chwilę. Na leśnej polanie zapanowała cisza. Nawet wesołe trzaski płonących drewien przycichły a starzec białobrody,  zaczął snuć swoją opowieść.   -  Dawno, bardzo dawno temu, jak powiedziałem, tam w dole, gdzie teraz są domostwa, szumiały gęste lasy porastające góry i wzgórza,  pełne zwierza wszelakiego, na które zasadzali się i polowali pradawni mieszkańcy tych okolic. Z czasem góry traciły swe odzienie, ludzie karczowali lasy, na których pasali owce i uprawiali ziemię, choć ziemia tu ciężka. Wiedli żywot wedle praw natury. Zakładali osady, mnożyły się domostwa. Przybywali też i osadnicy z zachodu, przynosili swoje prawa i zwyczaje. Zakładali miasta.   - Pewnie będzie wykład z historii, może i ciekawy – półgłosem odezwał się jeden z siedzących przy ognisku. - Cicho, niech opowiada, bo opowieść ciekawa.  Starzec dalej wiódł swoją opowieść.  Aż przyszedł czas wojen i waśni. Zbójcy rycerze łupili kupców i osadników. Szlak kupiecki opustoszał. Ludność Bożej Góry, bo tak zwano wówczas tę osadę a potem miasto, popadała w nędzę i skrajne ubóstwo. Drwale z pobliskiego Czerwonego Strumienia nie mieli komu zbywać drewna, a pasterze zaczęli ubożeć coraz bardziej. Nędza i głód często zaglądały im w oczy. W poszukiwaniu lepszego życia, zaczęli opuszczać swoje domostwa – umilkł, powiódł spojrzeniem po twarzach zasłuchanych turystów. Mimo zmęczenia, słuchali go. Starzec sięgnął, do przewieszonej przez ramię, torby. Wyciągnął z niej  starą zmurszałą flaszkę. – To woda ze świętego źródełka na stokach Chełmca, dla niej często,  w swojej wędrówce, tu przybywam – pociągnął jeden a potem drugi łyk i dalej kontynuował swą opowieść – Widziałem wówczas ich wielkie zmartwienie i smutek na obliczach mieszkańców Bożej Góry i wtedy to postanowiłem pomóc im. Udałem się przeto do Ducha Gór i opowiedziałem o biedzie i zmartwieniu ale i o dobroci ubogich mieszkańców Bożej Góry, którzy , mimo wielkiego ubóstwa, nigdy nie odmawiali potrzebującym a ostatnim kęsem chleba i łykiem wody dzielili się. Zamyślił się Duch Gór słuchając mojej opowieści. A od tego zamyślenia ciemność spowiła całe Sudety.   - Wyślę tam, ze Srebrnej Góry, Srebrzyca – powiedział a głos jego niczym potężny grom odbijał się echem po wszystkich dolinach  Sudetów – on zaradzi kłopotom mieszkańców, o których powiadasz.  Zdarzyło się, że Rajca Miejski Melchior, udał się po wodę do cudownego źródełka. Napełnił dzbany, usiadł na ławie, co to ją zrobili  drwale i zamyślił się głęboko. Nawet nie zauważył, że stanęła przed nim olbrzymia postać o srebrzystych włosach i brodzie, dzierżąca w dłoni lśniący kostur.   - Dobry człowieku! Obudź się i poczęstuj mnie tą wodą, którą masz w dzbanach, bom spragniony wielce. Widzę w twych myślach wielkie strapienie i troski. – pociągnął kilka łyków cudownej wody  z podanego dzbana. – Od Ducha Gór przychodzę, który wzruszył się opowieścią Wiecznego Wędrowca o waszej niedoli. Jam Duch Srebrnej Góry Srebrzyc i z pomocą wam przybyłem. – A tedy słuchaj, dobry człowieku, bo prawdą jest, co prawił o was Wieczny Wędrowiec. A słuchaj uważnie. Dam wam kruszec dla pomyślności i bogactwa waszej osady, który tu  i w innych miejscach dobywać będziecie, lecz baczcie uważnie,  aby mądrze z nim postępować i grzechu chciwości a pychy nie dopuszczać się.  Tę przestrogę, od Ducha Gór, daję wam wraz z kruszcem srebrem zwanym., gdyż  ja, z jego woli, jestem stróżem ich pokładów.     Zamilkł, jakby przez chwilę nad czymś zastanawiał się. Podniósł swój, pałający srebrnym światłem kostur i uderzył nim w skałę. Rozległ się wielki huk i powiał wielki wiatr, jakby potężna burza przewalała się przez góry i doliny. Zadrżała góra Chełmiec i wszystkie góry w okolicy jakby zawalić się miały. Zląkł się Melchior ogromnie i zatrwożył się czy aby z życiem ujdzie.  - Nie bój się Melchiorze. Zostań. Idź do tej szczeliny, którą tu widzisz i nazbieraj tych świecących grudek. Te grudki i te nitki na skale to srebro, dobywajcie je i w ogniu przetapiajcie  a miasto wasze i jego mieszkańcy w dobrobycie rozwijać się będą. Ale i o przestrodze Ducha Gór pamiętajcie! Dobywajcie przeto kruszec  a na pamiątkę ten kostur ci daruję. Ma on tę moc, że gdy uderzysz nim w skałę, która ów kruszec zawiera, otworzy się szczelina, przez którą dobywać go będziecie.     Melchior stał i słuchał oniemiały. Myślał, że tylko śni tak piękny sen. Lecz kostur, który trzymał w ręku, przekonał go, że to na jawie było a nie we śnie. Chciał Srebrzycowi podziękować, lecz starzec znikł tak jak się pojawił.     Słońce już miało się ku zachodowi, kiedy Melchior do swego domostwa powrócił. Długo siedział w swej izbie i przyglądał się owym srebrzystym grudkom i kosturowi, które podarował mu Srebrzyc. Nazajutrz zwołał rajców miasta i opowiedział im co mu się przydarzyło, pokazał srebrzyście świecące grudki kruszcu i podarowany kostur, który wskazywać miał gdzie ów kruszec znajduje się. Mieszkańcy jęli  wydobywać kruszec a tych, którzy go wydobywali gwarkami zaczęto zwać od lamp, którymi sobie przyświecali przy pracy. W mieście i okolicy dobrze dziać się zaczęło. Pamiętali również o przestrodze danej im przez Ducha Gór. Kostur wskazywał im gdzie nową kopalnię zakładać mieli.   - A co z tym kosturem? Zapytał jeden ze słuchających.  - Wieść niesie, że Szwedzi łupiąc miasto nieopatrznie wraz ze starymi księgami i kronikami do studni kopalnianej go wrzucili. Ponoć wielu śmiałków znaleźć go próbowało, lecz od Srebrzyca wiem, że do niego wrócił – zamilkł starzec.   Wędrowcy zapadli w sen, może sprowadzony przez Wiecznego Wędrowca  a może ze zmęczenia. Gdy pierwsze ptaki głosiły wstający dzień, a wędrowcy przecierali oczy  po mocnym śnie, zauważyli, że starzec znikł tak jak się pojawił.        
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »