Epika
Noworudzki plener PDF Drukuj Email
Wpisał: Administrator   
19.10.2008.

 

   Zbudziły go dzwony noworudzkiego kościoła, położonego gdzieś w dole. Przez chwilę nasłuchiwał. Gdzieś dalej, z prawej strony,  wtórował drugi. Przez chwilę zdawało mu się, że to echo pierwszego. Wsłuchał się. Dzwony prowadziły rozmowę. Ten pierwszy był zapewne starszy. Basował,   gdzieś dalej położony, wtórował wyższymi tonami. Nie wiedzieć czemu, im bardziej słuchał, tym większe odnosił wrażenie, że prowadzą  poranną rozmowę, nie, raczej sprzeczkę, sprzeczkę małżeńską. Próbował nawet wyłowić z dźwięku-słów  o co im chodzi. Dał po jakimś czasie spokój. Poranna mgła na tyle skutecznie pochłaniała je, by mógł rozróżnić i zrozumieć o co  idzie. Słuchał. Dominował ten starszy. Pewnie racja była po jego stronie. Im dłużej słuchał, tym bardziej czuł, że przyjemnie łaskoczą jego słuch. Po jakiejś chwili zauważył, że do rozmowy dzwonów włączył się chór porannego ptactwa. Nie to nie sprzeczka poranna małżonków. To bas i sopran  i chór. Słuchał opery miasta, położonego gdzieś w dole i lasu otaczającego schronisko na Górze  Świętej Anny. Słuchał. Nie czuł nawet porannego chłodu i chrapania jednego z pięciu śpiących z nim w ciasnym pokoju. W  sztuce istotne jest natchnienie, inspiracja. A tą, do powstania nowego dzieła, może być zachwyt pięknem. Złapał się, ze zaczyna myśleć jakoś tak górnolotnie. A przecież zbudził się taki wściekły. W nocy musiał kilka razy biegać z ” paliwkiem” a i tak nie spał prawie całą noc. Tak jest zawsze na nowym miejscu, na każdym plenerze. W Nowym Siodle na przykład, mógłby na palcach jednej ręki policzyć przespane, dobrze przespane noce. wiercił się, wrzecionował, przewracał z boku na bok i na nic. Sen jak nie przychodził tak nie przychodził. I tak co plener. Dopiero gdzieś nad ranem przysypiał. A dzisiaj jeszcze to chrapanie. W Nowym Siodle to komfort. Mieszkał sam w pokoju ale nie było śpiewu dzwonów, świergolenia ptactwa Dopiero teraz zauważył, ze dzwony już dawno skończyły swoje arie.

  W małym pokoiku było gęsto od oddechów. Edek Kostka i Władek Kmiecik, w resztkach snu, zapewne , ostatnimi pociągnięciami pędzli kończyli  swoje pejzaże. Kiryluk , urywanymi zdaniami, wiódł zapewne spór  z Krzyśkiem ,dowodząc swoich racji . Siadł i przez chwilę zastanawiał się, czy opuścić to wygodne łóżko. Poczuł potrzebę zapalenia. Wyszedł na drewniany taras. Zapach porannego lasu, nieustający śpiew ptactwa odwiodły od sięgnięcia do paczki. Stał i wdychał oddech sosen i niebosiężnych świerków.

Czytaj całość…
 
O tym jak w Bożej Górze browar powstał PDF Drukuj Email
Wpisał: Administrator   
02.03.2008.

 

    Dawno bardzo dawno temu a może jeszcze dawniej to było, ze dwa wieki  temu. Przez miasto zwane Bożą Górą przewaliły się burze wojen, dotykały je pożary i inne nieszczęścia. Podupadły kopalnie srebra, i choć w zamian rozwijał się przemysł pończoszniczy i tkactwo, to czegoś brakowało mieszkańcom do szczęścia i rozweselenia serc. Wtedy to z dalekich Niemiec przybył do Bożej Góry Rudy Odo z zamiarem zbudowania browaru. Ale piwo, które w nim warzył, było złe, bo ludziska szybko upijali się nim i zachowywali jakby szaleju się napili a nie piwa. Rudy Odo widząc, że browar nie przynosi mu spodziewanego zysku a i rajcowie patrzyli nieprzychylnym wzrokiem na jego działalność, zwinął manatki i przepadł gdzieś w świecie. Jego następca także nie dał ludziom dobrego napitku, dobrego na troski dnia codziennego.   Głowił się Burmistrz z rajcami magistratu, głowili się mieszkańcy jakby tu dobre piwo ważyć, aby ducha  rozweselało a zła nie czyniło.    Stary gwarek Karol, lubił odbywać długie spacery po okolicznych górach, Razu pewnego wyprawił się  do podnóża Chełmca. Postanowił trochę odpocząć, bo bolały go od tego chodzenia, schorowane nogi. Nie zauważył nawet jak zapadł w sen, nie sen. Nagle ujrzał  bardzo dziwną postać. Aż przetarł oczy ze zdumienia. Postać ta była niewielka, za to szeroka w barach, brodata, z brzuszyskiem przeogromnych rozmiarów i kudłatą gębą. - Czort jakiś – pomyślał i jął bacznie przyglądać się gościowi. - Wiem co Was trapi. Ale na to może znajdzie się jakaś rada – odezwał się brodacz i figlarny uśmiech pojawił się na jego obliczu.- Widzisz tę dolinkę pomiędzy górami. - Widzę, dolinka jak dolinka, często tu przychodzę, do odpoczynku dobra po ciężkiej pracy gwarka. -  Przyjrzyj się jej lepiej a ujrzysz, że rośliny tutaj dorodniejsze. Nie wiesz, że w głębi znajduje się źródełko, które ma cudowną moc a nic nie dorówna smakowi wody z niego. Skrzyknij zatem brać gwarkową i kopcie tutaj, choć to grunt kamienisty. Powiadam ci raz jeszcze Karolu, że woda z tego źródełka ma moc cudowną, leczą się nią zwierzęta, zranione przez myśliwych. Jeśli nie wierzysz
Czytaj całość…
 
Jak Napoleon Bonaparte w Bożej Górze konia kuł PDF Drukuj Email
Wpisał: Administrator   
02.03.2008.

 

   W majowy ranek 1807 roku cesarska kareta, w asyście dragonów, kolebiąc się na resorach, przemykała się pośród rozległych pól i zagajników  Starego Lesieńca. Dopiero co wojska Napoleona stoczyły zwycięską bitwę z wojskami pruskimi pod Strugą. W karecie jechał nie kto inny jak Cesarz Francuzów, sam Napoleon Bonaparte. Parskały konie, kawalerzyści śpiewali. Bonaparte drzemał w rozpiętym mundurze, gdyż ciepły był ranek. Przed oczyma przesuwały mu się wydarzenia ostatnich dni, analizował swe posunięcia, obmyślał następne. Jechał już tak godzinę a może i dłużej gdy kareta wjechała na, mocno czasem podniszczony, mostek na Lesku. Rozległ się trzask i kareta osunęła się w błotnisty strumień rzeczki.

 - Sacrebleu – zaklnął pod nosem Bonaparte i nerwowo szarpnął drzwi karety. Wpadłby zapewne w błotnisty nurt, gdyby jakieś pomocne ramię nie przytrzymało Cesarza.  - Dać mi w te pędy mojego konia – krzyknął do najbliższego kawalerzysty eskorty. - Co to za miasto tak przylepione go góry  i ma tak okropne drogi, nie dość, że wytrzęsło mnie w tej karecie, to i jeszcze mocnych i  porządnych mostów nie ma. Bonaparte wrzał gniewem. - Jego Cesarska Mość pyta, co to za miasto przylepione do góry- odezwał się jeden z kawalerzystów eskorty. – To Boża Góra.  Pochodzę z tych stron i zwą mnie Kazko. Nie zdążył powiedzieć więcej o mieście, bo Cesarzowi przyprowadzono jego rumaka. Lecz tylko co Bonaparte, przy pomocy adiutanta usadowił się w siodle i ruszył, zauważył, że jego wierzchowiec kuleje.- Sacrebleu – zaklnął po raz drugi tego dnia. To mój najlepszy koń, wieczorem muszę być w Jaworze – złościł się Bonaparte  - Co z tym koniem?- zapytał. - Zaraz zobaczę – powiedział Kazko i zeskoczył z konia, aby obejrzeć nogi wierzchowca. -  Koniowi odpadły podkowy.- Wszystkie? Zdziwił się Bonaparte. – Nie można polegać na ciurach obozowych . - Nie wszystkie, tylko dwie, jedna z przedniej a druga z tylnej nogi. - Sacrableu – zaklął po raz trzeci, tego dnia, Napoleon. – To mój najlepszy wierzchowiec i  gdzie tu go podkuć. - Tu, w tym pobliskim miasteczku, o które Jego Cesarska Wysokość pytała. W Bożej Górze- dodał i wskazał miasteczko przy górze. – Jest tam z dziada pradziada, dobra kuźnia i szybko sprawią się w niej z podkowami wierzchowca Waszej Cesarskiej Mości. - Bien, to jedźmy tam ale  szybko, bo czas nagli a ty de Ponte – zwrócił się do  francuskiego kirasjera – dopilnuj, aby karetę wyciągnięto z tego bagna.
Czytaj całość…
 
Skąd Biała Skałka Mniszka nazwę wzięła PDF Drukuj Email
Wpisał: Administrator   
02.03.2008.
     Starzy a może jeszcze starsi mieszkańcy Boguszowa- Gorc pamiętają dawne opowieści o Mniszku. Opowiadają, że góra ta uczynioną została przez Dziemnicha, za jego niecne uczynki i krzywdy ludziom robione. Tak bynajmniej mówi stara legenda. Opowiadają też o Białej Skałce i głębokiej szczelinie, co to przez zbocze Mniszka przebiega od jego północnej strony aż po południową. A szczelina ta straszliwa i wiele ludzkich istnień pochłonęła a śmiałków, którzy cudem zeń wyszli, kalekami po kres żywota uczynił. Różne też prawią rzeczy o samej Białej Skałce, która teraz sportom wspinaczkowym służy. Jedne opowieści mówią o niej jako o Skale Siedmiu Białych Grzywków a jeszcze inne  o Skałce Białej Pani.    Opowiadał jeden z najstarszych mieszkańców Boguszowa - Gorc,  że kiedyś podczas samotnych wędrówek po Mniszku, znużony poszukiwaniem ukrytych skarbów w ruinach Ungerbaude, przysiadł na starym pniaku . Miał właśnie coś przekąsić i wyjął już z plecaka wspaniałe naleśniki z serem, co to na drogę, wczesnym rankiem, przygotowała mu żona.   Być może, usnął uśpiony szumem drzew i śpiewem ptaków a całe zdarzenie przyśniło mu się. Może to było na jawie.   Gdy tak siedział i słuchał szumu wysokich świerków i modrzewi, nie zauważył, jak podszedł do niego Starzec jakoś tak dziwacznie ubrany z jeszcze dziwaczniejszym nakryciem głowy, podobnym, jakie widywał na starych, bardzo starych rycinach. 
Czytaj całość…
 
Jak Liczyrzepa czarnym złotem Bożą Górę obdarzył PDF Drukuj Email
Wpisał: Administrator   
02.03.2008.
     Miasto Boża Góra i okoliczne osady kwitły dobrobytem. W kopalniach gwarkowie wydobywali cenny kruszec – srebro. Rozwijało się kupiectwo i wszelkie rękodzieło. Mieszkańcy i ich miasto rosły w bogactwo. Aż w pięciu kopalniach wydobywano srebro a jeszcze jedną otwarto w 1529 roku w okolicach miejskiego rynku. Miasto rosło w mieszkańców. Były to czasy wielkiej świetności miasta, jego złoty okres.     Ze wzrostem dobrobytu twardniały serca jego mieszkańców. Jak do tej pory, wszelkie nieszczęścia omijały miasto, choć bogactwo rodziło coraz większą chciwość i pychę. Coraz częściej biedny był odprawiany z kwitkiem. Panoszyli się starsi bractwa gwarków i właściciele miasta, zmuszając do coraz dłuższej i cięższej pracy przy wydobyciu kruszcu srebra. Lichwa kupców doprowadzała wielu mieszkańców do wielkiej nędzy i ubóstwa.    Płynęły lata, jak woda w Czerwonym Strumieniu. Rosło bogactwo jednych i ubóstwo drugich. Zapomniano o przestrodze Ducha Gór, ponieważ o niej nie pamiętali najstarsi a nawet dziadowie ich dziadów.   Ale, złe licho nigdy nie zasypia. Dnia pewnego nieszczęścia miasto dotknęły.  Wybuchł wielki pożar, bowiem to Duch Gór, dla ukarania chciwości i twardych serc mieszkańców, wypuścił z czeluści Gór Kamiennych Czerwonego Kura. W ową to noc dzwony biły na trwogę, żałobnie jęczały i ostrzegały tych co mocno spali, po całodziennych hulankach i tych po ciężkiej pracy w kopalniach. Ogień roznoszony przez purpurowy ogon Czerwonego Kura, niczym burzliwa spieniona rzeka ogarniał domostwo po domostwie. Znikało, jak wiosenny śnieg, gromadzone bogactwo. Domy kupców i mieszkańców Bożej Góry zmieniały się w sterty zgliszcz. - Świętą Chorągiew wynieść, modły zanosić – wołano zewsząd w trwodze. A ogień wydął swe purpurowe policzki a jego języki zmiotły nawet Świętą Chorągiew i kopalnie. Długo, w tę straszną noc, Czerwony Kur zbierał swoje ogniste żniwo, jak bowiem zapisano w kronikach miasta, mieszkańcy Bożej Góry  zamieszkiwali w drewnianych domach, pokrytych gontami z drewna iglastego, którego w okolicy było w bród i ową to noc 29 września roku pańskiego 1724   ogień strawił 78 domostw i  wiele dokumentów miejskich.   A do tego, wcześniej przez miasto przewalały się liczne wojny, to śląskie, to trzydziestoletnia, podczas których żołdactwo ogałacało, licznymi rabunkami i kontrybucjami, już i tak podupadające w biedę miasto i jego mieszkańców. Pokłady srebra uciekły gdzieś w głąb ziemi, tak, że jego wydobywanie stało się nie tylko ciężkie ale i nieopłacalne. Z trudem walczono o utrzymanie nabytych, w czasach świetności, praw. Ubóstwo i głód zaczęły coraz częściej zaglądać w oczy mieszkańcom Bożej Góry i okolicznym osadom .  Wobec ogromu nieszczęść, smutek i troska nie schodziły z twarzy mieszkańców i rajców miasta, którzy przez całe dnie i noce radzili w magistracie. Zwrócono się o pomoc, w odbudowie miasta, do innych miast śląskich, które nie odmówiły pomocy a Świdnica przekazała aż 720 guldenów. Ale i to nie poprawiło bytu mieszkańcom. Zmieniali się właściciele tych ziem a jakoś poprawy dalej nie było widać.  - Co robić? Co robić? – zastanawiali się, podczas długotrwałych obrad, rajcowie i burgmajster. Zastanawiali się i  mieszkańcy, lecz odpowiedzi na te pytania nikt nie potrafił dać. Jeżdżono nawet do Cystersów w Krzeszowie. Ale i oni nie potrafi dać właściwych  porad. Lata płynęły a miasto coraz bardziej podupadało. Wielu mieszkańców, w poszukiwaniu lepszej doli, opuściło je na zawsze.    Martwił się też najstarszy  z braci gawarkowej  Avinalus o losy miasta, mieszkańców i pozostałych gwarków. Młodsi odeszli w poszukiwaniu lepszej doli. Wieczorami na długie godziny zamykał się w swojej izbie, w której częstym gościem była bieda. Ale troski nie ubywało. Przeglądał stare zapiski, które jakimś cudem ocalały w pożarze i te których nie wrzucili do kopalnianej studni szwedzcy żołdacy.    Gdy tak, którejś nocy, wciąż o tym rozmyślał i wertował stare kroniki, stanęła przed nim jakaś zgarbiona, potężna postać z włosem jak mleko zbielałym i bystrych oczach. Zdziwił się bardzo, bo nie słyszał kroków, lecz kiedy pomyślał, że to może być sen, starzec ów przemówił do niego.   - Wiem co cię trapi i martwi, znam troski twoje i mieszkańców miasta.   - Jakże to – zdziwił się gwarek Avinatus.   - To co cię gnębi, z twoich myśli czytam Avinalusie, chcesz ulżyć doli dobrym braciom gwarkom i mieszkańcom miasta? Słuchaj tedy. Jutro, o wschodzie słońca, przybądź pod Dzikowiec.   - Sen czy jawa – zapytywał siebie zdziwiony Avinalus. Nie zauważył nawet, kiedy owa tajemnicza postać znikła. Nie mógł już usnąć tej nocy.  Czekał, kiedy o wschodzie będzie pod górą Dzikowca i czy  faktycznie był ktoś u niego.- A może to już z głodu jakie omamy mam - zastanawiał się.   - Może to tylko sen był, może to tylko przywidzenia, które mnie męczą od tych trosk.. Lecz jeśli to nie sen ni mara to pójdę – zastanawiał się dalej.   Jak powiedział, tak i zrobił. Jeszcze słońce poranne nie wzeszło a już był u podnóża Dzikowca. A kiedy  wzeszło, poczuł, że czyjeś oczy za nim krok w krok postępują, gdy wtem... aż przetarł oczy ze zdumienia. Zauważył bowiem małą dziwną postać, ubraną a zielono-szmaragdowy kaftan, z dużą brodawką na czubku nosa, poskręcanymi w nieładzie czarnymi włosami, mocno już przerzedzonymi i dziwnie cienkimi i małymi nogami i rękoma. Zwracały uwagę wyłupiaste oczy, w których błyskały figlarne ogniki. Tę  postać, obecni i co ciekawsi mieszkańcy miasta mogą zobaczyć na wielkim obrazie wiszącym między piętrami Miejskiej Biblioteki Publicznej – Centrum Kultury w Boguszowie- Gorcach. Stoi ta dziwaczna postać, w zielono-szmaragdowym kaftaniku, przy pięknej dziewczynie Lenie, która to ponoć, jak głosi stara legenda, podarowała mieszkańcom ziarna lnu.
Czytaj całość…